Akademicki Klub Sportowy Rzeszów

Podpromie 10 , 35-051 Rzeszów

aks@assecoresovia.pl

Mistrz Polski:

  • 2008
  • 2009
  • 2010
  • 2011
  • 2013
  • 2013
  • 2014
  • 2015
  • 2016
  • 2016
  • 2018

Vice Mistrz Polski:

  • 2011
  • 2013
  • 2014
  • 2016

Brąz MP:

  • 2012
  • 2012
  • 2012
  • 2012
  • 2014
  • 2017
  • 2018
Michał Kowal o życiu, studiach i siatkówce w USA
sobota, 1 maja 2021

Michał Kowal o życiu, studiach i siatkówce w USA

Nasz zawodnik opowiada o studiach, życiu i siatkówce w USA oraz ma kilka cennych rad dla młodych zawodników, którzy także chcieliby pójść tą drogą.

Michał Kowal – wychowanek i zawodnik AKS-u w latach 2014-2020 – podjął niecodzienne wyzwanie przeprowadzki za ocean, aby tam kontynuować swoją siatkarską przygodę na wysokim poziomie, równocześnie studiując na cenionym w Stanach Zjednoczonych Pennsylvania State University. Na pierwszy sukces nie trzeba było czekać długo, bo już w pierwszym sezonie, jako „Freshman”, zdołał zakwalifikować się ze swoją drużyną do finałów ligi NCAA – najbardziej prestiżowej imprezy siatkarskiej w USA. W obszernym wywiadzie opowiada o swoich początkach z siatkówką, owocnej w sukcesy przygodzie w AKS-ie Rzeszów, całej drodze do studiów w Stanach, a przede wszystkim o samych studiach, siatkówce, treningach, sposobie bycia Amerykanów oraz niełatwej adaptacji do codziennego funkcjonowania za oceanem.

Wiemy, że z siatkówką jesteś za pan brat od najmłodszych lat. Jak zatem wyglądały początki z dyscypliną, która, jak się okazało, wyznaczyła ścieżkę twojego życia?

Na pierwszy trening zaprowadził mnie mój tato. Miałem wtedy 9 lat, więc zaczynałem od pierwszych szczebli rozgrywkowych, czyli od „dwójek”. Prowadził nas wtedy trener Piotr Szetela, pod którego okiem wywalczyliśmy 5. miejsce w Polsce w kategorii „trójek” podczas finałów w Drzonkowie. Rok później, w szóstej klasie, po raz kolejny odwiedziliśmy Drzonków już w grach czwórkowych, jednak mój udział w tym turnieju zakończył się po pierwszym meczu – skacząc do bloku na rozgrzewce złamałem śródstopie. Nasza drużyna zajęła tam ostatecznie 2. miejsce. Po podstawówce wybór Gimnazjum Sportowego i dalszych treningów w AKS-ie był dla mnie oczywisty, byłem już wtedy zdecydowany na dalsze działania w siatkówce.

Wszedłeś więc w etap młodzika, czyli zaczęło się granie szóstkami i namiastka „prawdziwej siatkówki”, co z tamtego okresu zapadło ci w pamięć?

Pojawiło się szóstkowe granie i też automatycznie coraz większe parcie na to, żeby się rozwijać i wygrywać turnieje, które miały coraz większą rangę. Pierwszym takim turniejem było dla nas Metro, które udało nam się wygrać. Pamiętam, że grałem w tym turnieju na środku, co nie było moją nominalną pozycją, raczej ukierunkowany byłem na grę na przyjęciu. Duży i pozytywny wpływ na nasz zespół miał trener Grzegorz Wisz, który moim zdaniem jest jednym z najlepszych trenerów dla młodzieży. Jak nas prowadził zwracał uwagę nie tylko na samą siatkówkę, ale też, albo nawet przede wszystkim, na wychowanie nas, na przekazanie pewnych wartości, na naukę. Interesował się każdym z nas i zawsze znajdował jakiś temat do rozmowy. Podsumowaniem wspólnej pracy były Mistrzostwa Polski Młodzików – taka impreza docelowa, do której, można powiedzieć, przygotowywaliśmy się przez te pierwsze dwa lata gimnazjum. To podsumowanie okazało się najlepsze z możliwych, bo na finałach w Człuchowie zostaliśmy mistrzami Polski.

W takim razie motywacji do dalszej pracy pewnie nie brakowało, co udowodniliście dwa lata później, po raz kolejny sięgając po tytuł mistrzowski, tym razem w kategorii kadeta. Jak wspominasz ten czas?

Faktycznie sięgnęliśmy po tytuł mistrza Polski drugi raz, w 2018 roku. W momencie gdy kończyliśmy wiek młodzika i przechodziliśmy do kadeta zmienił się także trener. Objął nas trener Artur Łoza, z którym współpracowaliśmy już do końca szkoły. Zmienił się też charakter pracy na treningach. Zaczęliśmy być traktowani coraz bardziej „jak dorośli”. Trener Łoza prowadził nas raczej twardą ręką. Na treningach i meczach wymagał od nas, żebyśmy byli skoncentrowani i dobrze zorganizowani. Jeśli tak nie było, był raczej stanowczy i można powiedzieć, że się z nami „nie pieścił”. Jak się okazało przyniosło to swoje rezultaty, bo na pierwszym poważnym sprawdzianie – wspomnianych Mistrzostwach Polski Kadetów – zwyciężyliśmy. Pamiętam, że w półfinale pokonaliśmy Jastrzębski Węgiel, a w finale Trefl Gdańsk. Obydwa te zespoły miały nad nami przewagę fizyczną, a jednak to nam udało się wygrać. Po tym sukcesie przeszliśmy do kategorii juniora. Mieliśmy nadzieję na potrójną koronę (trzy mistrzostwa Polski w każdej kategorii wiekowej – młodziku, kadecie i juniorze – przyp. red). W czasie liceum miałem też okazję trenować i grać ze starszym rocznikiem. Trenerem był Jerzy Wietecha, który także przyczynił się do mojego siatkarskiego rozwoju – zwracał uwagę na wiele szczegółów. Później, po dwóch latach przygotowań, gdy byliśmy w klasie maturalnej i przygotowania do Mistrzostw Polski Juniorów były na finiszu, pojawiła się epidemia, która pokrzyżowała nam plany. Mistrzostwa zostały przełożone na okres wakacyjny, jak już skończyliśmy szkołę, przez co kilku kolegów już nie kontynuowało treningów i ostatecznie przystąpiliśmy do turnieju połączeni z chłopakami z młodszego rocznika. Zajęliśmy 5. miejsce w Polsce, co w zasadzie nie jest złym wynikiem, ale poprzeczkę postawiliśmy sobie wysoko i liczyliśmy na coś więcej.

Z twojej opowieści można wywnioskować, że byłeś całkiem dobrze zapowiadającym się zawodnikiem. Kiedy pojawił się pomysł wyjazdu do USA i skąd on się w ogóle wziął?

Mój tato, który jest trenerem siatkówki, co roku jeździł na finały ligi akademickiej w Stanach, która połączona była z konferencją dla trenerów. Tata bardzo polubił mentalność Amerykanów i system szkolenia na amerykańskich uniwersytetach, który daje możliwość połączenia studiów ze sportem na wysokim poziomie. Poza tym mam rodzinę w Stanach i co roku jeździłem do nich na wakacje. Mi też Stany bardzo się spodobały i uznałem, że jeśli jest możliwość grania i studiowania tam to warto spróbować. Temat pojawił się w pierwszej liceum i od tej pory byłem w zasadzie już na to zdecydowany, nie myślałem nawet co by było, gdybym z jakiegoś powodu tych planów nie zrealizował.

 

Jak obecnie, już po jakimś czasie spędzonym tam, określiłbyś, dla kogo taki wyjazd może przynieść duże korzyści?

Uważam, że każdy, kto by tu trafił, skorzystałby na tym. Zespoły mają zaplecze porównywalne do zespołów Plusligi – hale, siłownie, regeneracja, sztab szkoleniowy. Liga uniwersytecka jest w Stanach najwyższym szczeblem, jeśli chodzi o siatkówkę. Można grać w niej przez cztery lata. Jest to na pewno dobra opcja dla zawodników, którzy potrzebują jeszcze czasu, zanim wejdą w seniorskie granie. Czasu, żeby na przykład wzmocnić się jeszcze fizycznie. Przy tym zdobywa się wyższe wykształcenie, co też jest bardzo ważne.

 

Od pierwszej klasy liceum wiedziałeś, że chciałbyś studiować w Stanach. Jak wygląda cała ścieżka rekrutacji, aby tam trafić i kiedy trzeba zacząć podejmować pierwsze kroki?

Porównując to do „high school”, odpowiednika naszego liceum, które w Stanach trwa cztery lata, zawodnicy nawiązują kontakt z trenerami (a trenerzy kompletują drużyny) już gdy są w trzeciej klasie. Więc przekładając to na nasz obecny system edukacji z czteroletnim liceum, w trzeciej klasie dobrze jest już być zorientowanym w temacie. Najlepiej oczywiście zacząć jak najwcześniej. W moim przypadku już od pierwszej liceum (obecnie druga – przyp. red.) wysyłałem swoje CV i video z meczów do wszystkich trenerów drużyn, które grają w pierwszej dywizji. Ostatecznie myślę, że początek drugiej liceum (obecnie trzeciej – przyp. red.) to już ostatni dzwonek, żeby zacząć działać. Po rozesłaniu CV wraz z video nawiązuje się kontakt już z poszczególnymi trenerami. Adresy e-mail trenerów można bez problemu znaleźć na stronach poszczególnych uniwersytetów. Od większości tak naprawdę dostałem informację zwrotną. Niezależnie czy była pozytywna czy negatywna. W każdym razie nikt raczej nie pozostanie bez żadnej odpowiedzi. Zwykle jeśli trener jest zainteresowany, to umawia się z tobą na rozmowę video i wtedy zapadają dalsze decyzje, w tym też ewentualne stypendium, które na danej uczelni są ci w stanie zaoferować. Są też menadżerowie, którzy deklarują swoją pomoc w znalezieniu uczelni, ale ja osobiście zdecydowanie odradzam taką opcję. Ich usługi są bardzo drogie, a spokojnie można poradzić sobie z tym wszystkim samemu. Od strony edukacyjnej liczą się przede wszystkim egzaminy ACT lub SAT. Trzeba je napisać przed wysłaniem aplikacji na uniwersytet. Ja zdawałem je na początku klasy maturalnej. Są one jednolite dla wszystkich uczelni i można do nich podchodzić dowolną ilość razy i w dowolnym wieku, wiąże się to też z pewnymi kosztami – podejście kosztuje 70-100 dolarów. Ja miałem to szczęście, że byłem rezydentem Stanów, posiadałem zieloną kartę i nie musiałem podchodzić to jeszcze jednego egzaminu dla obcokrajowców. Jeżeli ktoś zielonej karty nie ma, musi dodatkowo napisać egzamin dla obcokrajowców, a to już wygląda różnie na różnych uczelniach. Najczęściej jednak jest to TOEFL. Polska matura czy nawet matura międzynarodowa nie jest brana pod uwagę. Respektują tylko te wspomniane egzaminy. Jedynie poprosili mnie, żebym wysyłał moje świadectwa z liceum.

Wspomniałeś już o kosztach egzaminów, ale studia w Stanach ogólnie rzecz biorąc to dość kosztowna przygoda. Jak to wygląda w twoim przypadku? Na jakiego rzędu wydatki trzeba się przygotować?

Czesne za studia jest różne w zależności od uczelni, raczej mieści się między 30 a 60 tys. dolarów. Bardzo dużo zależy od stypendium. Od trenera zależy komu uczelnia przyzna stypendia i jakie one będą. W przypadku mojej uczelni na drużynę siatkówki męskiej przypada 4,5 stypendium i jest ono dzielone procentowo na zawodników, a zawodników jest 20, więc rzadko zdarza się, żeby stypendium było duże. Teoretycznie jest szansa uzyskania nawet stuprocentowego stypendium, ale zdarza się to bardzo rzadko i trener musiałby wiązać z takim zawodnikiem naprawdę duże nadzieje. Najczęściej stypendia wahają się od 20 do 70 procent.

A jak wyglądają zatem same studia? Na jaki kierunek się zdecydowałeś i jaki jest wybór kierunków?

Jeszcze nie podjąłem decyzji co do kierunku studiów. Tutaj działa to tak, że przez pierwsze dwa lata nie trzeba jeszcze dokonywać wyboru, co do ostatecznego kierunku, jeśli nie jest się do końca pewnym, co chciałoby się robić. W takim układzie dwa razy w semestrze jest spotkanie z advisorem, czyli doradcą i twoim opiekunem podczas studiów. On pomaga ustalić grafik każdego studenta indywidualnie. Doradza, co do wyboru zajęć, które są zgodne z twoimi zainteresowaniami i ewentualnie są najlepsze z perspektywy podjęcia później studiów na jakimś kierunku, nad którego wyborem się zastanawiasz lub który jest najbliższy twoim preferencjom. Advisor pomaga poukładać to wszystko tak, żeby miało ręce i nogi. Tutaj nie uczestniczy się w zajęciach cały czas z tą samą grupą. Na każdych zajęciach są tak naprawdę studenci w różnym wieku, z różnych grup i różnych kierunków. Na tą chwilę najbliżej mi chyba do studiowania na kierunku „marketing managment”, więc advisor pokierował mnie w pierwszym semestrze na zajęcia związane z ekonomią, a obecnie na zajęcia z zakresu managmentu. Najprawdopodobniej zanim podejmę ten kierunek zostanę jeszcze pokierowany na statystykę, księgowość i tym podobne przedmioty. Przy czym wciąż tak naprawdę mam możliwość zmiany decyzji bez konsekwencji w postaci np. utraty roku. A wybór kierunków jest ogromny.

 

W takim razie opowiedz nam teraz coś więcej o siatkówce i całym tym systemie w Stanach? Jak to jest zorganizowane, kiedy się gra, jak dużo się gra, jak dużo się trenuje?

Siatkówka męska gra swoje rozgrywki w drugim semestrze, więc pierwszy semestr jest traktowany jako okres przygotowawczy. Trenuje się wtedy bardzo dużo, i treningi są intensywne i ciężkie. Trwają nawet po 3 godziny. Trzy razy w tygodniu mieliśmy wtedy też siłownie. W momencie gdy granie się zbliżało objętość treningów też się zmniejszyła. Trenujemy do 1,5 godziny, a siłownie mamy dwa razy w tygodniu. Rozgrywki wyglądają tak, że w Stanach jest pięć konferencji. Moja drużyna jest w konferencji EIVA, w której ogólnie jest osiem drużyn, ale w tym sezonie, ze względu na koronawirusa, wycofały się dwa uniwersytety i ostatecznie sześć zespołów przystąpiło do gry. Graliśmy z każdą z drużyn cztery razy na zasadzie mecz-rewanż u siebie i mecz-rewanż na wyjeździe. Jednak jest tak tylko wyjątkowo w tym sezonie. Zazwyczaj wygląda to tak, że w jedno miejsce przyjeżdżają trzy lub cztery drużyny i gra się tam z dwoma różnymi przeciwnikami. W innych konferencjach system jest inny, ale nie znam szczegółów jak tam się to odbywa. Po tej fazie zasadniczej rozgrywa się play-offy systemem podobnym do tego w polskich rozgrywkach (pierwsze z szóstym, drugie z piątym itd.) z tym że jest to system pucharowy a nie do, powiedzmy, trzech wygranych. Jedna porażka od razu eliminuje zespół z dalszej gry. Tylko zwycięzcy konferencji jadą na turniej finałowy NCAA. Jest też jedna drużyna z drugiego miejsca z najmocniejszej konferencji, a ranking konferencji jest oparty o wyniki drużyn w poprzednich sezonach i mecze rozgrywane między drużynami z różnych konferencji. W normalnych sezonach w czasie trwania rozgrywek gra się mecze także z zespołami z innych konferencji i te mecze zaliczają się do tego rankingu konferencji, ale nie mają bezpośredniego wpływu na wynik w swojej. Na finałach NCAA spotyka się zatem sześć najlepszych drużyn już z całych Stanów i nam udało się w tym sezonie do tego grona dostać.

Były studia, była siatkówka, więc powiedz może coś więcej o życiu za oceanem. Jaka jest mentalność Amerykanów, ich podejście do życia, jakie relacje masz z osobami, które tam poznałeś i jak radzisz sobie z ograniczeniami językowymi?

Pierwsze, co zauważyłem tutaj, to podejście do treningu. Zawodnicy są tu bardzo zmotywowani, nikt nie narzeka, że jest ciężko, szczególnie widać to np. na siłowni, gdzie wszyscy wykonują, co mają zadane, mimo że siłownia naprawdę nie jest łatwa. Na boisku też każdy walczy o każdą piłę, nikt nie odpuszcza. Jeśli chodzi o język to na początku, jak przyjechałem tutaj myślałem, że znam angielski, ale okazało się, że go nie znam. Bardzo ciężko jest przestawić się całkowicie na obcy język, więc początki są naprawdę bardzo trudne. Ale już po trzech, czterech miesiącach było coraz lepiej i nie mam już większych problemów z komunikacją. Relacje z chłopakami z drużyny układają mi się całkiem dobrze. Od początku byli mnie bardzo ciekawi z racji tego, że przyjechałem z innego kraju. Mamy kliku starszych zawodników, którzy są już na trzecim roku i od których otrzymuję dużą pomoc, na to zdecydowanie nie mogę narzekać. Także co do Amerykanów – zgadzam się z opinią, że są oni bardzo mili i pomocni, zdecydowanie tak jest. Szczególnie na początku, kiedy byłem „zachłyśnięty” tym wszystkim, bardzo mi się to podobało. Na dłuższą metę staje się to jednak czasem męczące. Bardzo trudno np. uzyskać krótką i zwięzłą odpowiedź na pytanie. Jak o coś zapytam, oczywiście odpowiedź uzyskuję, ale przy tym jest bardzo dużo informacji. Trzeba się dobrze wsłuchać, bo tą odpowiedź trzeba sobie wyciągnąć z rozbudowanej odpowiedzi, z szerokim tłem.

 

Połączenie nauki ze sportem i życiem towarzyskim?

Jak jest się „studentem-atletą” poza treningami i studiami ma się bardzo mało czasu na całą resztę. Dodatkowo nakłada się na to jeszcze duża indywidualizacja, jeśli chodzi o tok studiów. Każdy robi to, co jest najlepsze dla niego, tak jak opisywałem to wcześniej, gdy mówiliśmy o studiach. W związku z tym czasu na budowanie relacji nie ma wiele i trwa to pewnie dłużej, niż gdyby więcej czasu spędzało się w jednym gronie. Moje dni są bardzo podobne do siebie, w dużej mierze wypełnia je właśnie nauka i sport. Zajęcia poranne, trening, zajęcia i zadania do zrobienia i w zasadzie okazuje się, że już jest dwudziesta. Życie towarzyskie jest też bardzo ograniczone przez wirusa, Amerykanie są na tym punkcie zdecydowanie bardziej przewrażliwieni niż Polacy o czym świadczy chociażby fakt, że w naszej konferencji musimy grać w maskach. Na szczęście na finałach NCAA już nie będzie tego nakazu. Ale jak mieliśmy wolny weekend to oczywiście spotykaliśmy się razem i piliśmy sok z czerwonych kubeczków.

 

Myślałeś już o tym, co po studiach?

Nie zastanawiałem się jeszcze nad tym zbyt dużo. Tak naprawdę ja, po pierwszym roku, naprawdę chciałbym już wrócić do Polski. Nie jestem w stanie przewidzieć jak tutaj się rozwinę, czy znajdę później „siatkarskie zatrudnienie” w Europie (w Stanach nie ma profesjonalnej ligi siatkówki – przyp. red.). Na pewno chciałbym, żeby tak było. Nie jestem jednak typem człowieka, który lubi planować i zakładać sobie pewne rzeczy. Za dużo jest na ten moment niewiadomych, żeby się na coś konkretnie nastawiać.

 

Wspomniałeś, że pojawia się w twojej głowie chęć powrotu do Polski. Może powiesz nam jeszcze – jak poradziłeś sobie z rozłąką z najbliższymi? Można powiedzieć, że komunikacja nawet z drugiego końca świata nie jest obecnie trudna, ale, bądź co bądź, od najbliższych dzieli cię ocean...

Z tym było najgorzej. Ja myślałem, że nie będę miał z tym problemu, ale po trzech tygodniach już chciałem wracać. Większość chłopaków już wcześniej znała uniwersytet, znała drużynę, a ja nie znałem nikogo, bo przez pandemie i przez to, że późno się zdecydowałem, nie miałem możliwości przyjechania wcześniej i zorientowania się jak to wszystko wygląda. Zostałem więc rzucony naprawdę na głęboką wodę. Na szczęście udało mi się wrócić na święta do domu i powiem szczerze – było ciężko z powrotem. W tym roku udało mi się to tak, że byłem prawie cały grudzień w domu, ale już w przyszłym roku, jeśli będzie przebiegał normalnie, bez żadnych pandemii, wrócić trzeba od razu po świętach, bo rozgrywki siatkarskie są w drugim semestrze – od stycznia do maja, więc nie można sobie pozwolić na zbyt długą przerwę. W sumie wychodzi to tak, że wyjeżdża się pod koniec sierpnia, wraca na święta na tydzień, dwa i później wraca się po zakończeniu drugiego semestru – w maju.

Na dłuższy czas planów nie robisz, to już wiemy, ale maj – włącznie z powrotem do domu – już masz pewnie zaplanowany…

Zgadza się, to akurat mam zaplanowane. 3 maja o 17 (23 czasu polskiego – przyp. red.) gramy pierwszy mecz w finałach NCAA. Nasz uniwersytet ostatni raz wygrał w 2008 roku, a kilka lat temu MVP tego turnieju zdobył Nicolas Szerszeń, któremu udało się później kontynuować zawodową karierę w Polsce. Później, w zależności od tego jak potoczą się mecze, turniej zakończymy do 8 maja. Lot do Polski mam zaplanowany na 11 maja.

 

W takim razie życzymy sukcesów – tych w najbliższej, ale też w bardziej odległej przyszłości i niech pobyt w domu jak najbardziej ci się dłuży.

Dziękuję i pozdrawiam.

 

 

Poniżej zamieszczamy link do transmisji z finałów NCAA oraz do harmonogramu turnieju:

Transmisja (ze względu na blokadę regionalną oglądać można używając VPN)

Drabinka turnieju

źródło: inf. własna, YouTube, grafika: Appgo
loading ...